Londyn zapłonął,tylko na chwilkę co prawda, ale zawsze to jakaś porcja chaosu, tak kochanego przez libertyńskie zmysły. W rzeczywistości jest już po zabawie, więc będzie to tylko kwaśny komentarz do komentarzy. Trzy dni, które wstrząsnęły Anglią nie tylko nie dały do myślenia, ale jeszcze bardziej skuły co poniektóre łby. Rozruchy potępia ogół gawiedzi, od Mr Smitha, poprzez parlament na piłkarzach kończąc. Jedynie piosenkarka M.I.A nie uległa zbiorowej psychozie strachu i rezolutnie zadeklarowała rozdawanie chuliganom herbaty i batoników na wzmocnienie. Czy przeszła do czynów? Chyba nie zdążyła.
Wydaje się, że tak jednoznaczną ocenę wydarzeń ułatwił brytolom fakt, że zamieszki zaczęli i wiedli w nich prym nie-biali. Dla przeciętnego europejczyka to sygnał, że nieroby, niewdzięczne pokłosie kolonializmu, żyjące z socjalu znudziło się codzienną porcją telewizyjnej papki i postanowiło rozerwać się na świeżym powietrzu. Chodzi zaś o to, że analiza tego typu zjawisk wyraźnie zaczyna przerastać możliwości interpretacyjne opinii publicznej. Żyjemy w czasach, w których jedynym pewny elementem rzeczywistości jest niepewność. Dotyczy ona w takim samym stopniu nieprzewidywalności systemów finansowych jak i dnia jutrzejszego przeciętnego zjadacza hamburgerów. Rozruchy są zawsze symptomem choroby, nie jest istotne czy ich genezą będzie idea czy tylko zwykła chęć niszczenia. Opinia publiczna potępia zadymiarzy, ale nie stara się niczego zrozumieć. Nikt nie podpalał by domów gdyby z mieszkańcami dzielnicy łaczyło go coś więcej niż tylko codzinne pogardliwe spojrzenie. Alienacja ludzi, wygenerowana przez kapitalistyczne stosunki interesu musi doprowadzić do napięć, które będą rozładowywane min. w taki sposób jak w Londynie. Taki właśnie wniosek powinno wyciągnąć te całe oburzone mieszczustwo, które w piątkowy wieczór nie mogło wyjść do klubu na drinka, bo ktoś rzucał mołotowem. Ludzie stracili swój podstawowy instynkt jakim jest zachowanie wspólnoty. To zapomniane słowo pozwalała gatunkowi ludzkiemu przetrwać tysiące lat ewolucji i walki o byt, a dzisiaj nikt już go nie używa w potocznej mowie, a i w intelektualnych dysputach staje się mocno niefachowe. Zamieszki w Londynie to symptom, który mało kto rozpoznaje, co jest dowodem, że z ludzkością jest gorzej niż się wydaje.
Dresiarze to dzisiaj taki sam typ podgatunku jak kiedyś Żydzi, lub kobiety. Nie pasują, nie współpracują, nie podporządkowują się. Proletariat naszych czasów, który nie budziłby sympatii nawet Marksa. W taki sposób establishment stara się zachować pozory. Tymczasem młodzi ludzie w dzisiejszej rzeczywistości mają zwyczajnie przesrane. W kraju niedokończonych autostrad młodzi mają gorzej niż ich rodzice za tzw. komuny. To należy z całą stanowczością podkreślić, Polska jest przykładem gdzie młodzi w najbliższym czasie staną przed koniecznością weryfikacji systemu, który sprezentowali jej opozycjoniści w 89. Londyn zapłonie jeszcze nie raz, tak samo jak zapłonie Warszawa. Jeśli nie, znaczyłoby to, że ludzi utracili swój samozachowawczy instynkt. To zaś oznacza nic innego jak koniec ludzkości. Cieszcie się więc humaniści, że cokolwiek się jeszcze fajczy.