Abramowicz w Wenecji

Znany rosyjski oligarcha, właściciel klubu piłkarskiego Chelsea, mecenas sztuki, koneser win, miłośnik polowań etc. etc. zaparkował swój długi jak macki rosyjskich służb specjalnych w jego kieszeni jacht przy weneckim nabrzeżu. Przybył, jakże by inaczej, na słynne Biennale, festiwal sztuki nowoczesnej. Nikt by się tym faktem nie przejął, gdyby nie larum podniesione przez weneckich mieszczuchów, jako że gigantyczna łajba jaśnie pana zasłoniła im cały widok na lagunę i inne takie duperele. Wzięcie strony w tym dziwacznym starciu byłoby co najmniej debilne, jednak dało asumpt ku kolejnej libertyńskiej tyradzie na świat współczesny. Tym razem bierzemy się za kulturę i sztukę.

Japoński mistrz kina Takeshi Kitano powiadał że sztuka to śmieć. Wrażliwa dusza współczesnego buntownika na takie słowa musi reagować nerwowo. Sztuka, począwszy od ubiegłego stulecia, zwykła być używana jako narzędzie kontestacji i drażnienia mieszczańskich zmysłów. Zaczęli dadaiści, surrealiści już formalnie byli komunistami, a konceptualiści zostali terrorystami. Lata 60-te zaowocowały wynalazkiem pt. muzyka zaangażowana i dzięki elektrycznej gitarze polityka stała się sexy. Już żaden protest, żadna społeczna deklaracja nie mogła obyć się bez artystycznego wyrazu. Zbuntowane stało się kino, poezja, malarstwo i palenie w kawiarniach. Tymczasem sztuka zawsze była formą ekspresji klas panujących. Michał Anioł, Rubens czy inny Jackson Pollock nie staliby się znani bez swoich mecenasów. Innymi słowy ich sława jest sławą miejsc, w których można oglądać ich dzieła. Były to zazwyczaj salony bogaczy, w tym oczywiście kościoły. Dzisiaj są to również muzea i galerie, co świadczy nie o demokratyzacji sztuki, ale o przesunięciu kapitału także w stronę państwowych instytucji. Nawet jeśli istnieje coś takiego jak kunszt mistrza, jego osobisty geniusz, nie może on znaleźć swej ekspresji bez społecznego gruntu, który będzie ten czynnik akcentował. Możesz być największym malarzem w historii, ale bez znalezienia swego mecenasa pozostaniesz nikim. Mało tego, sam artystyczny talent nie jest niczym samorodnym, a jedynie przejawem predyspozycji jakie otrzymał on w procesie wychowania w społecznie przyjaznym środowisku. Szanse, że potomek robotnika stanie się utalentowanym artystą są bliskie zeru. Wyjątki potwierdzają regułę. William Blake za życia był nikim, a przecież jego dzieła były wartościowe tak za jego życia jak i dzisiaj. Wartość tą jednak zauważono dzięki ludziom, którzy mieli dość wpływów i pieniędzy, by jego spuścizną zainteresować odpowiednie kręgi. Rockmani są znani mocą nośników, które ich przekaz mogą dowolnie rozpowszechniać. Firmy fonograficzne, telewizje i agencje zapewniają przekaz najbardziej zbuntowanym songwriterom. Tylko dzięki nim mamy pojęcie, że ktoś przeciw czemuś się buntuje. Pozycja klasowa artysty, który stał się znany jest pozycją jego mecenasów, czyli pozycją burżuja. Manu Chao, mimo niewątpliwie szczerego zaangażowania w ruch antyglobalistyczny, jest burżujem, nawet jeśli tego nie chce. Toż to przedziwny dramat, coś jakby anarchista wygrywający w lotto.

Sztuka wysoka, czyli taka, której odbiór jest zarezerwowany dla wąskiej grupy zorientowanych, ma swój udział w hierarchizacji społeczeństwa. Wystarczy spojrzeć na bryki, którymi widzowie podjeżdżają na teatralne premiery w światowych stolicach. To samo dotyczy wernisaży, czy kinowych festiwali. Myliłby się jednak ten, kto tylko w sztuce elitarnej widziałby święto burżuja. Prawdziwa plaga festiwali muzycznych, od legendarnego Glaston po rodzimy Opener gromadzi od lat młodzież z klasy średniej, których starych stać na horrendalnie drogie bilety i przede wszystkim płyty i nośniki, dzięki którym młody człowiek może zorientować się kogo słuchać i na kogo jechać. Sam proces zapraszania wykonawców jest swoistą licytacją rarytasów, poprzedzoną wielomiesięcznym uganianiem się za agentami znanych kapel. Kiedyś tak nie było, powie stary hipis. Nie było, bo artyści nie spotkali jeszcze swoich mecenasów.

Filharmonie, teatry, galerie, festiwale przejęły dziś rolę królewskiego dworu, dostępnego co prawda szerszej gawiedzi, jednak mającego ten sam klimat elitarności i społecznej nobilitacji. Te miejsca nie są jednorodne, niektóre otwierają się na publiczność, reklamują, inne zamykają, ograniczają dostęp. Każde z nich daje zarobić. I to dobrze. Obojetnie czy w wyniku komercyjnej strategii czy państwowych dotacji. Państwo, uznając sztukę za element swej tożsamości, hojnie łoży na “projekty”. Prawdziwie alternatywne centra, takie jak berlińskie Radialsystem V,  budują swą markę dzięki państwu. Dziś każda pipidówa musi mieć jakiś festiwal, jakieś centrum kultury, jakiś ślad po wielkim artyście. Jest to proces analogiczny do renesansowej manii uwieczniania arystokratycznej potęgi w artystycznym dziele. Uznanie artystycznej spuścizny za element tożsamości nowoczesnych państw świadczy o próżności z jaką elity traktują sztukę. Rzekomy buntowniczy charakter sztuki jest zwykłym wymysłem, imaginacją tych, których razili ekstrawaganccy artyści, ich ekscesy i nic ponadto. W rzeczywistości, gdyby sztuka się nie opłacała, ludzie przestaliby ją uprawiać po 30-tce i byłoby po zawodach. Wielkość dochodów jaki generuje ten przemysł, bo jest to przemysł, dorównuje innym gałęziom gospodarki. Robienie z tego cyrku kluczowej kwestii w rozwoju ludzkości jest burżuazyjną farsą. Ludzkość, w której istnieje podział na artystów i resztę plebsu, jest tak samo zakłamana jak ta, w której istnieje podział na arystokratów i ich poddanych. Piramidy, którymi tak bardzo zachwycają się białe mordy z północy, są niczym więcej jak świadectwem manii wielkości, która kosztowała życie tysięcy robotników. Dziś, na wyrost być może, tysiące robotników pracują na festiwale finansowane przez co ambitniejszych burmistrzuniów, albo na centra typu Radialsystem V. Najgorszą rolę w tym biznesie pełni tzw. sztuka alternatywna, która udając niezależną, sama korzysta z tych samych kanałów dystrybucji i propagacji. Jeśli tego nie chce robić ulega zapomnieniu, lub wcale nie zdobywa odbiorców.

Czy dzieło sztuki może się samo obronić? Bez mecenasów, bez dystrybucji, bez galerii? Spójrzmy na książki. Jeśli widzisz w księgarni książkę, na którą masz chętkę to znaczy, że autor ma silną pozycję zawodową, dobre znajomości w branży wydawniczej i niezłą ocenę rynku. Do tego nie ma obiekcji, by nakarmić własną krwawicą dziesiątki agentów i dystrybutorów. To nie znaczy, że książka jest zła, to znaczy, że Abramowicze rozdają tu karty.

Published in: on Lipiec 23, 2011 at 1:55 pm  Dodaj komentarz  

The URI to TrackBack this entry is: http://klubwscieklychmarzycieli.wordpress.com/2011/07/23/abramowicz-w-wenecji/trackback/

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.