Fala młodzieżowych protestów, które opanowują kontynent już wzbudza niepkój nad Wisłą. Kraj na dorobku, który dopiero od dwóch dekad cieszy się wolnym rynkiem i jak rasowy ratlerek goni za cywilizacją, nie może się nadziwić, czego oni tam się tak buntują? Dla przeciętnego zjadacza kiełbasy krakowskiej jest jasne, że musi stać za tym zgniła natura zachodniego studenta, wychowanego pośród oparów trawy i dźwięków nocnych klubików. Rozumowanie to posiłkuje się nadto teorią geograficzną, według której bunty wybuchają w krajach południa, gdzie ludzie z zasady są bardziej leniwi. Włoski renesans, hellenistyczna filozofia i hiszpańskie podboje Ameryk to oczywiście Polacy ( jak głosi prawda objawiona, Adam i Ewa mówili w Raju po polsku). Także statystyka pozostaje tu w niemocy, jeśli to Grecy pracują w Europie najwięcej, a Hiszpanie niewiele mniej. Najważniejsze by neoliberalne samopoczucie zadowolenia mogło nadal pozostawać w błogim zamroczeniu. Tępota z jaką w kraju buraków traktuje się wszelki antykapitalistyczny ruch poraża swą agresją, ignorancją i przede wszystkim egoizmem ludzi, którzy co dopiero wzieli kredyt na kawalerką. Nieświadomi wagi jaką w życiu współczesnego kapitalistycznego jarmarku odgrywa sektor finansowy, są także nieświadomi jak represyjny, a jednocześnie kruchy jest świat, w którym chcą budować swą przyszłość.
Dramatem naszych czasów jest przekonanie, że kluczową wartością jaką ma szczycić się współczesna demokracja jest równość wszystkich obywateli wobec prawa. W rzeczywistości prawdziwa równość może objawić się jedynie w sferze ekonomii. Liberalnej ideologii udało się przekonać społeczeństwa, że prawo może coś gwarantować, tymczasem prawo jest tylko odbiciem struktury władzy, która te prawo ustanawia. Swobody obywatelskie, prawo wyborcze czy konstytucyjne gwarancje nie zostały nikomu od nikogo podarowane. Zostały wymuszone zmianami w strukturze społecznej, które nastąpiły w wyniku ekonomicznych przemian. Mieszczaństwo, bogacące się handlem, stosunkowo wcześnie stało się źródłem nacisku na szlachtę i szybko zdobyło silną pozycję w społecznej hierarchii. Klasa robotnicza, swoisty produkt przemysłowej rewolucji, musiała własną krwią ustanawiać swoje prawa, co dobitnie dowodzi, jak jest droga do emancypacji każdej pokrzywdzonej grupy społecznej. Dzisiaj, często mówi się o pokojowych drogach porozumienia interesów różnych grup społecznych, zapominając, że nadal żyjemy w społeczeństwie klasowym. Świadczy o tym właśnie podkreślanie na każdym kroku ważności równości wobec prawa, gdy tymczasem tak pojęta równość jest wyłącznie w interesie klasy posiadającej władzę i kapitał. To zupełnie typowa sytuacja, gdy kłamstwo zawarte w języku, staje się narzędziem władzy. Człowiek pozbawiony środków do życia, lub raczej nieustannie muszący o nie w niepewności walczyć z podobnymi do siebie nieszczęśnikami, nie odczuwa żadnych korzyści z równości wobec prawa. Niepewność ekonomiczna w której tkwi nie pozwala mu na wywarcie odpowiedniego nacisku na system ustawodawczym, mogącym poprawić jego los, nawet za pomocą głosowania w wyborach. Dzieje się tak dlatego, że albo nie głosuje, rozczarowany w stosunku do całego systemu, albo jego głos jest “kupowany” przez medialną propagandę mainstreamowych partii, których interes nie idzie w parze z radykalną zmianą wartości. W taki sposób równość wobec prawa, przejawiająca się min. w prawie wyborczym, staje się interesem władzy i klasy posiadającej i ich marzeń o wiecznym status quo, zapewniającym dalsze czerpanie zysków. Oczywiście sytuacja taka nie jest absolutnie stabilna. W momentach kryzysu, a w takim właśnie znajduje się coraz więcej ludzi w systemach liberalnych, musi dojść do przełamania. Ludzie zaczynają dostrzegać fałsz tej konstrukcji poprzez poczucie braku reprezentantów, nie tylko u władzy, ale także w sferze ideologii. Jedynymi, którzy takie poczucie zachowują są beneficjenci systemu. Tak rodzi się pęknięcie, które może zaowocować rewolucyjną zmianą. Wróg zostaje zdefiniowany. Tym samym równość wobec prawa traci jakąkolwiek moc prawną, ponieważ przy podziale swój-obcy, liczy się tylko przynależność do grupy, a nie prawne definicje. Życie to ekonomia, wszystko inne jest dodatkiem. Można uznać, że świadomość tego faktu skutkuje buntem społecznym. Objawia się tu czysta przemoc, jako podstawowy składnik ludzkiego życia. Każdy porządek został ustanowiony przez kogoś, kto zwyciężył w ekonomicznej walce o byt. Taki właśnie redukcjonizm nie jest akceptowany przez liberalizm, który chce na siłę ustanowić państwo prawa, czyli wieczny spokój, zapominając o swoich ideowych podstawach . Tymczasem życie to nieustanna walka o byt, nie ma w nim miejsca na idee, które zakładają jakiś porządek. Każdy porządek jest stanem wymuszonym przez zwycięską grupę, a nie stanem gwarantowanym przez prawo lub sumienie. Większość ludzi nie akceptuje takiego poglądu, dopóki nie stanie w obliczu ekonomicznego zagrożenia swej egzystencji. Tylko ten stan może wyzwolić bunt, nie żadna teoria, ani rewolucyjna propaganda. Nie rozumieją tego różnej maści radykałowie, którzy samodzielnie chcieliby inicjować rewolucje. Czy jednak bunt wymuszony przez ekonomiczną konieczność może być źródłem nowego, sprawiedliwego porządku, w którym nie będzie grup uprzywilejowanych? Historia pokazuje, że do tej pory się to nie udało. Ekonomiczna przemoc zawsze się odradza i utwardza w nowej hierarchii. Ten proces, jeśli nie zostanie odpowiednio zagospodarowany przez idee, staje się argumentem na rzecz ustanowienia porządku opartego na równości wobec prawa. W taki sposób liberalizm zwyciężył systemy utopijne, argumentując, że świat bez hierachii ekonomicznej jest nienaturalny. I rzeczywiście, ekonomiczną równość można zapewnić tylko przez odpowiednie środki przymusu. Nie muszą one jednak przyjmować represyjnych form, jak chcieliby to przedstawiać liberałowie (oczywiście wg niektórych nawet najmniejsze podatki są represyjne). Arogancja liberałów opiera się na założeniu, że przymus objawia się w tej sytuacji w sferze prawa, co dla liberalnych ideologów jest nie do przyjęcia wobec liberalnego dogmatu równości wobec prawa. Tymczasem nie chcą oni przyjąć, że przymus jest nie tyle stanem prawnym co ekonomicznym, traktując ekonomiczne zależności jako przynależne naturze, a nie prawu. To nic więcej jak patologia, którą należy zlikwidować poprzez ustanowienie takich środków kontroli w sferze ekonomii, które zapewnią wszystkim ludziom godziwy byt. Nie jest to rodzaj dyskursu, ale egzystencjalna konieczność i tylko taki sposób podejścia może skutkować udaną zmianą społeczną. Bunt okaże się skuteczny, jeśli nie będzie dążył do radykalnej zmiany całego systemu od razu, ale skoncentruje się na stopniowych zmianach w sferze ekonomii. Niepopularność takiej postawy i zarzut reakcjonizmu nie pozwala takim racjonalnym postulatom znaleźć odpowiedniej płaszczyzny wśród rewolucyjnych ideologii, powodując nieustanne powtarzanie się historii odbudowywania porewolucyjnej hierarchii i ekonomicznej nierówności. Przez rewolucyjną nieodpowiedzialność, skłonność do utopijnego radykalizmu, zaniedbywanie ekonomicznych podstaw buntu, które zastępuje się naukowym dyskursem różnych teorii krytycznych, w skrócie przez nieodpowiednie techniki buntu liberalne mity pozostają w mocy.