Nie wypada nie skomentować sporu, który wykluł się za sprawą AntyKomora. Wolność słowa zagrożona, więc ruszamy na odsiecz! A nie, tu niespodzianka; wychudzony ostatnimi podwyżkami cen cukru, libertyn z Mąkłowca, ma w poważaniu twórców antysystemowych gadzinowców. WHY? Czyżby rzucił nań urok Korwin-Mikke (lalki voodoo można już kupić w ksiągarniach)? Nic z tych rzeczy. Gadzinowiec pozostanie gadziną, niezależnie od tego czy pisze ustawy, czy blogi. AntyKomor jest (raczej był) zwyczajnie cieńki. Słabizna aż gnaty wykręca. Obrzucanie gównem jakiegoś prezia ma być czymś nad czym warto dyskutować? Może atak zakominiarzonych o symbolicznej szóstej zero zero mógłby trochę podrażnić libertyńskie szare mazie mózgowe, ale to już przecież przerabiano aż do zaśnięcia ostatniego niemowlaka poczętego in vitro. Wolność słowa to liberalny mit. Zwykłe mydlenie oczu i robienie z igły widły. Żyjemy w świecie, w którym tak naprawdę niewielu ma cokolwiek ciekawego do powiedzenia. Liberalizm i internet uwolnił pokłady ludzkiej głupoty i podejmowanie z tym walki to zwyczajna obłuda. Problem nie dotyczy domorosłych bluzgaczy, dotyczy prezia i tego typu vipków, którzy nie mogą zwyczajnie się odgryźć i rzucić jakimś mięchem. Tak jak w każdej innej międzyludzkiej interakcji. Gdyby każdy słowny zatarg rozwiązywać na drodze prawnej cywilizacja utonęłaby w aktach i przeputała gotówkę na adwokatów. No ale prezydent jest uebermenschem, ot cały ambaras. Kłopot więc nie z wolnością słowa, ale z istnieniem ludzi, którzy mają większe prawa niż inni. Znaczące, że liberalizm nie dostrzega sprzeczności w tej dychotomii.
Zachęcanie ludzi do wyrażania swych opinii jest rodzajem perwersji. Można zaobserwować owe harce na różnorakich forach, zwłaszcza opiniotwórczych gazet. I tak, na ten przykład, ostatnie protesty w Hiszpanii wywołały niemałą erupcję domorosłych analiz, przegadywanek i zwyczajowo już, bluzgów. To niesamowite jak często przeciętny burakowy forumowicz używa fraz typu “weźcie się do roboty”, “pozrozganiać darmozjadów”, “nieroby na garnuszku mamusi”, “1500 brutto” oraz “przeczytaj jeszcze raz co napisałem”. Polska wyłania się z netu jako przedmurze liberalnego kapitalizmu, którego zwolennicy gotowi są bronić go własnym ipodem. Tylko po to konstytucja ma gwarantować wolność słowa, żeby anonimowy Kowalski mógł się wypróżnić przed monitorem? Powinna także gawarantować przydział na pomidory, razem z osłoną na monitor.
Liberalna wolność słowa jest w rzeczywistości zgodą na to, by nie tylko władza plotła bzdury. W totalitaryzmie monopol na opisywanie rzeczywistości miały tylko wybrane służby. Bez względu na to, każdy wiedział co jest nie tak w tym cyrku. Cenzura była swoistym kontrastem dla autentyzmu życia codziennego. Dzisiaj, gdy tego kontrastu brakuje, wszystko i nic może okazać się prawdziwe. Konieczne okazuje się nieustanne konfrontowanie informacji z realnymi problemami przeciętnego człowieka, co przy tej ilości danych jest zwyczajnie niemożliwe. Władza, z dypozytariusza idei, stała się ich konsumentem, bo każdy człowiek jest dziś potencjalnym źródłem opinii, a wybory są co 4 lata. Niestety, wolność słowa jako prawo, zostało postawione wyżej niż wolność ekonomiczna, co jest absolutnym idiotyzmem liberalnych ideologii. Doprowadziło to do tego, że mający przeciwstawne interesy klasowe mogą zwyczajnie sprowadzić prawdziwe problemy ekonomiczne do ideologicznej debaty, a w obliczu takowej przewagę zawsze mają lepiej poinformowani, czyli klasa posiadająca. Tym samym wolność słowa jest korzyścią dla władzy, bardziej niż cenzura, której fałsz jest łatwiejszy do identyfikacji. W obliczu głupawych sporów o jakiś portal, należy pamiętać o tym, jakim narzędziem ideologicznym może być, pozornie demokratyzujące społeczeństwo prawo.
PS: Ponad połowa respondentów jakiegoś tam sondażu opowiedziała się za prawnym ściganiem obraźliwych opinii na temat najwyższych przedstawicieli władz RP. Yes, yes, yes!