Jak nazywają się ci, którzy rządzą światem? Obama, Putin, Merkel, Sarkozy? A może Mędrcy Syjonu? Czy też grupa Bilderberg? No chyba, że kapitan Ameryka? Pudło, pudło, pudło, to Fitch, Poors i Moodys. Kim, do kurwy nędzy, są Fitch, Poors i Moodys? Jeszcze kilka pięknych miesięcy temu niewielu zwykłych zjadaczy big maców wiedziało o istnieniu kogoś tak osobliwego jak te trzy szare eminencje współczesnych finansów. Dzisiaj każdy rząd zaczyna obrady od sprawdzenia ratingu swoich obligacji, oraz ratingów sąsiadów, bo to też ważne w dobie globalnego rynku. Słowo rating, znaczące dokładnie to samo co ocena (brzmi jednak tak fachowo, ach), stało się kluczem otwierającym bądź to bramy finansowego raju, bądź to piekła bankructwa. Krótko mówiąc wszyscy dostali sraczki. Zgodnie z kupiecką logiką paru ministerstwom zaczął nie zgadzać się bilans i mamy kryzys. KRY-ZYS. Jednak patrząc obiektywnie czy coś rzeczywiście się zmieniło? Stanęły fabryki, przestały wychodzić gazety, kanary przestały łapać gapowiczów a politycy robić w Ch… społeczeństwo? Nic z tych rzeczy. Wiec o co biega i dlaczego kacykarstwo ciągle nawija o kryzysie, jak w pijackiej malignie?
Przyczyna jest prosta. Oto kapitalizm przestał działać pod dyktando kolesi z City, więc parę grubych ryb się wystraszyło i schowało kasiorę głębiej pod pazuchę. Ni ma inwestorów, ni ma wzrostu PKB, ni ma wzrostu, ni ma widoków na spokojne rządy naszej wesołej kliki. Klika ma zazwyczaj do wyboru dwie możliwości. Albo będzie dbać o interes właścicieli kapitału, obniżając podatki, albo o interes ludzi pracy (czyli wyborców) podwyższając podatki. Gdy ekwilibrystyczne domykanie budżetu się nie powiedzie mamy Grecję albo inne Portugalie. Zguba współczesnych państw polega na ich nieprzystosowalności do dynamiki rynku. Państwa narodowe, oparte na pewnej umowie społecznej, czyli micie o wspólnocie narodu, którego każdy członek zasługuje na godziwe życie zwyczajnie nie przystają do narzędzi, które mają jedyny cel – maksymalizować zysk. Społeczeństwa nie są nawet świadome jakim procesom podlegają i jak niewiele znaczą w ich kontroli. Tymczasem rządy są niejako skazane na potwora wyhodowanego na własnych ustawach, ponieważ przeciwstawienie się oznacza odpływ kapitału, a więc i miejsc pracy do sąsiadów, a tego wyborcy nie wybaczają. Godni pożałowania ideolodzy różnych demokratycznych instytucji mających jakoby zapewniać dobrobyt wszystkim ludziom, nie mają absolutnie żadnej alternatywy dla dyktatury kapitału, która obajwia się w demoniczny sposób – mianowicie, mówi wszystkim, że albo zaakceptują jej warunki, albo świata nie będzie wcale. Zasada ta doskonale znajduje potwierdzenie w arogancji finansowych elit, które bez wytchnienia przyznawają sobie kolejne premie, bo wiedzą, że są poza kontrolą.
W takim kontekscie postawa rządów, które dyscyplinują społeczeństwo, grożąc niemal armageddonem, jest co najmniej dwuznaczna. Gdy po PRLu krążył słynny dowcip o tym, że socjalizm to system, który bohatersko walczy z trudnościami, które sam tworzy, mało kto był na tyle trzeźwy by zauważyć, że ten skądinąd inteligentny żart bardziej pasuje do kapitalizmu. Dzisiaj politycy bohatersko stawiają odpór bałaganowi, do którego sami się przyczynili, używając przy tym języka zamordystycznej propagandy, w którym kryzys to po prostu wrogi imperialista, a kapitalizm to niepodważalny raj klas pracujących, którego bronić trzeba własną krwawicą. Tymczasem jedynym sensownym wyjściem byłoby pozwolić umrzeć temu trupowi i dalej się z nim nie męczyć. Kryzys nie jest cyklicznym oczyszczaniem się rynku, jak chcą to widzieć liberałowie, kryzys jest czymś elementarnym i stałym dla wolnego rynku. Uwidacznia się jedynie, gdy zaczyna się palić koło dupy elitom, bo pogrążone w biedzie i wyzysku społeczności, gdzie dochód dzienny nie przekracza dolara nie mają własnych stacji informacyjnych. Istnienie wyzyskiwanych klas nie jest dla kapitalizmu kryzysem, a stanem naturalnym, więc o jakim kryzysie właściwie mówimy? Samo istnienie czegoś co nazywa się sektorem finansowym, a co jest po prostu systemem zarządzania kredytami na skalę globalną jest o tyle podejrzane, że jeszcze kilka dekad temu nikt nie brał kredytów, a na wszystko trzeba było zaoszczędzić. Od kiedy ludzie zaczęli kredytować swą przyszłość zaczął się proces upadku, którego symptomy dzisiaj obserwujemy. Masowy kredyt zrewolucjonizował rynek i zmienił ludzi. Odpowiedzialność za swe życie została przeniesiona z indywidualnych decyzji na instytucje bankowe. To jest prawdziwy kłopot współczesnych społeczeństw, które pozostają komfortowo zamożne w stosunku do biedaków z trzeciego świata, ale które nie są już dysponentami własnego losu. Tu decydują Poor, Moodys i kumple. Jest symptomatyczne, że najwyraźniejszy głos sprzeciwu słychać na razie z tej strony społeczeństwa, która albo kredyty już ma, albo chciałaby mieć. Problemem dla tej klasy nie jest już to, że żeby poradzić sobie w życiu trzeba brać kredyt, ale to że nie można go dostać. Ta absolutnie chora sytuacja powoduje, że agencje ratingowe mają dość władzy, żeby zachwiać rynkiem, demokratycznie wybraną władzą oraz zastraszyć ludzkie masy. Dopóki nie zrozumiemy, że sektor finansowy sam w sobie jest czymś wynaturzonym, dopóty nikt nie znajdzie lekarstwa na ten burdel. Tak więc jakiekolwiek rady jajogłowych nie podejmujące tego zagadnienia są zwykłą paplaniną. Jedna tylko rada ma sens- chcecie wyjść z kryzysu, zlikwidujcie kredyty. Jak nie, to macie już na zawsze zwyczajnie przej….