Ratingiem po dupach

Jak nazywają się ci, którzy rządzą światem? Obama, Putin, Merkel, Sarkozy? A może Mędrcy Syjonu? Czy też grupa Bilderberg? No chyba, że kapitan Ameryka? Pudło, pudło, pudło, to Fitch, Poors i Moodys. Kim, do kurwy nędzy, są Fitch, Poors i Moodys? Jeszcze kilka pięknych miesięcy temu niewielu zwykłych zjadaczy big maców wiedziało o istnieniu kogoś tak osobliwego jak te trzy szare eminencje współczesnych finansów. Dzisiaj każdy rząd zaczyna obrady od sprawdzenia ratingu swoich obligacji, oraz ratingów sąsiadów, bo to też ważne w dobie globalnego rynku. Słowo rating, znaczące dokładnie to samo co ocena (brzmi jednak tak fachowo, ach), stało się kluczem otwierającym bądź to bramy finansowego raju, bądź to piekła bankructwa. Krótko mówiąc wszyscy dostali sraczki. Zgodnie z kupiecką logiką paru ministerstwom zaczął nie zgadzać się bilans i mamy kryzys. KRY-ZYS. Jednak patrząc obiektywnie czy coś rzeczywiście się zmieniło? Stanęły fabryki, przestały wychodzić gazety, kanary przestały łapać gapowiczów a politycy robić w Ch… społeczeństwo?  Nic z tych rzeczy. Wiec o co biega i dlaczego kacykarstwo ciągle nawija o kryzysie, jak w pijackiej malignie?

Przyczyna jest prosta. Oto kapitalizm przestał działać pod dyktando kolesi z City, więc parę grubych ryb się wystraszyło i schowało kasiorę głębiej pod pazuchę. Ni ma inwestorów, ni ma wzrostu PKB, ni ma wzrostu, ni ma widoków na spokojne rządy naszej wesołej kliki. Klika ma zazwyczaj do wyboru dwie możliwości. Albo będzie dbać o interes właścicieli kapitału, obniżając podatki, albo o interes ludzi pracy (czyli wyborców) podwyższając podatki. Gdy ekwilibrystyczne domykanie budżetu się nie powiedzie mamy Grecję albo inne Portugalie. Zguba współczesnych państw polega na ich nieprzystosowalności do dynamiki rynku. Państwa narodowe, oparte na pewnej umowie społecznej, czyli micie o wspólnocie narodu, którego każdy członek zasługuje na godziwe życie zwyczajnie nie przystają do narzędzi, które mają jedyny cel – maksymalizować zysk. Społeczeństwa nie są nawet świadome jakim procesom podlegają i jak niewiele znaczą w ich kontroli. Tymczasem rządy są niejako skazane na potwora wyhodowanego na własnych ustawach, ponieważ przeciwstawienie się oznacza odpływ kapitału, a więc i miejsc pracy do sąsiadów, a tego wyborcy nie wybaczają. Godni pożałowania ideolodzy różnych demokratycznych instytucji mających jakoby zapewniać dobrobyt wszystkim ludziom, nie mają absolutnie żadnej alternatywy dla dyktatury kapitału, która obajwia się w demoniczny sposób – mianowicie, mówi wszystkim, że albo zaakceptują jej warunki, albo świata nie będzie wcale. Zasada ta doskonale znajduje potwierdzenie w arogancji finansowych elit, które bez wytchnienia przyznawają sobie kolejne premie, bo wiedzą, że są poza kontrolą.

W takim kontekscie postawa rządów, które dyscyplinują społeczeństwo, grożąc niemal armageddonem, jest co najmniej dwuznaczna. Gdy po PRLu krążył słynny dowcip o tym, że socjalizm to system, który bohatersko walczy z trudnościami, które sam tworzy, mało kto był na tyle trzeźwy by zauważyć, że ten skądinąd inteligentny żart bardziej pasuje do kapitalizmu. Dzisiaj politycy bohatersko stawiają odpór bałaganowi, do którego sami się przyczynili, używając przy tym języka zamordystycznej propagandy, w którym kryzys to po prostu wrogi imperialista, a kapitalizm to niepodważalny raj klas pracujących, którego bronić trzeba własną krwawicą. Tymczasem jedynym sensownym wyjściem byłoby pozwolić umrzeć temu trupowi i dalej się z nim nie męczyć. Kryzys nie jest cyklicznym oczyszczaniem się rynku, jak chcą to widzieć liberałowie, kryzys jest czymś elementarnym i stałym dla wolnego rynku. Uwidacznia się jedynie, gdy zaczyna się palić koło dupy elitom, bo pogrążone w biedzie i wyzysku społeczności, gdzie dochód dzienny nie przekracza dolara nie mają własnych stacji informacyjnych. Istnienie wyzyskiwanych klas nie jest dla kapitalizmu kryzysem, a stanem naturalnym, więc o jakim kryzysie właściwie mówimy? Samo istnienie czegoś co nazywa się sektorem finansowym, a co jest po prostu systemem zarządzania kredytami na skalę globalną jest o tyle podejrzane, że jeszcze kilka dekad temu nikt nie brał kredytów, a na wszystko trzeba było zaoszczędzić. Od kiedy ludzie zaczęli kredytować swą przyszłość zaczął się proces upadku, którego symptomy dzisiaj obserwujemy. Masowy kredyt zrewolucjonizował rynek i zmienił ludzi. Odpowiedzialność za swe życie została przeniesiona z indywidualnych decyzji na instytucje bankowe. To jest prawdziwy kłopot współczesnych społeczeństw, które pozostają komfortowo zamożne w stosunku do biedaków z trzeciego świata, ale które nie są już dysponentami własnego losu. Tu decydują Poor, Moodys i kumple. Jest symptomatyczne, że najwyraźniejszy głos sprzeciwu słychać na razie z tej strony społeczeństwa, która albo kredyty już ma, albo chciałaby mieć. Problemem dla tej klasy nie jest już to, że żeby poradzić sobie w życiu trzeba brać kredyt, ale to że nie można go dostać. Ta absolutnie chora sytuacja powoduje, że agencje ratingowe mają dość władzy, żeby zachwiać rynkiem, demokratycznie wybraną władzą oraz zastraszyć ludzkie masy. Dopóki nie zrozumiemy, że sektor finansowy sam w sobie jest czymś wynaturzonym, dopóty nikt nie znajdzie lekarstwa na ten burdel. Tak więc jakiekolwiek rady jajogłowych nie podejmujące tego zagadnienia są zwykłą paplaniną. Jedna tylko rada ma sens- chcecie wyjść z kryzysu, zlikwidujcie kredyty. Jak nie, to macie już na zawsze zwyczajnie przej….

Kategorie: on Styczeń 13, 2012 at 7:17 pm  Dodaj komentarz  

Trzy dylematy anarchizmu

Jeśli uważasz się za anarchistę, a nie wiesz co to prekaryzacja, gentryfikacja bądź ekspriopriacja to cienki z ciebie bolek i marny kontestator. Jeśli w dodatku nie masz kasy na pociągi intercity, a twój boss niechętnie daje ci wolne w tygodniu, nie masz co marzyć o pasjonujących demonstracjach i napierdalankach z policją. Czuj się wyoutowany. Uczestnictwo w anarchistycznym nurcie wymaga i czasu i kasy. Czas mają bezrobotni, burżuje i studenci. Ci pierwsi nie mają za to kasy, ci drudzy chęci, więc zostają niezawodne studenciaki, ewentualnie doktoranci. Niby wszystko w porządku, młodzież musi się wyszumieć, ale co to ma do anarchizmu? Kupno odpowiednich wydawnictw, które publikują ciągle nowe analizy socjologiczne, wypluwane przez zbuntowanych pracowników naukowych co lepszych uniwerków, może poważnie naruszyć budżet. O necie nie wspominając, gdyż jeno za jego pomocą dowiesz się kto, gdzie, kiedy będzie kogo pałował. OK, są to wywody na poziomie prawicowej szmaty, ale podyktowane szczerą troską. Bracia! Nie idźcie tą drogą!
Anarchizm przeżywał swoje chwile chwały, kiedy duch czasu miał kolor czerwony, a utopia komunizmu mieniła się setkami wizji przyszłego raju. Dziś wiele pozostało z tych marzeń, ale niewiele z świata, które je nasycał. Niestety anarchizm nie miał swej reformacji, może wszystko przed nim? Libertyna musi drażnić absolutny brak krytycyzmu zwolenników czarnej gwiazdy. Stopień ich samozadowolenia jest ciekawym kontrastem dla ideologii, którą wyznają. Przeciętny anarchista wydaje się uskrzydlony swoją ideowością i stopniem poświęcenia dla sprawy, innymi słowy jest egocentrykiem. To czy stanie się fanatykiem zależy od tego jak wielkie poczucie misji nosi w sobie. Misyjność anarchizmu w znaczącym stopniu dystansuje go od libertynizmu, który z zasady stroni od poprawiania czegoś, czego sam przecież nie zepsuł. Ludzie z misją mają to do siebie, że zawsze wszystko chcą naprawiać, nawet jeśli nie wiedzą jak. Trudno nie czuć sympatii dla tych Don Kichotów, ale czy to wystarczy by powstrzymać się od kąśliwości? Nie wystarczy.

Wszystkie terminy przytoczone na początku pochodzą z słownika współczesnego anarchizmu. Pierwsze dwa oznaczają, ni mniej ni więcej jak, różne formy dzisiejszego wyzysku. Dlaczego więc nie nazywać ich nadal wyzyskiem, tak aby każdy adresat anarchistycznej ideologii mógł poczuć więź z swoimi samozwańczymi obrońcami? Po prostu anarchizm zwyczajnie przejmuje naukową terminologię z wydziałów socjologii zachodnich uniwersytetów, bo sam jest dzisiaj bardziej naukową dysputą niż rewolucyjną praktyką opartą na solidarności klasy robotniczej. Solidarności, która jest bardziej mitem niż realnym bytem. Dzieje się tak z trzech powodów.

Po pierwsze, nie należy przeciwstawiać, jak robi to anarchizm, społeczeństwo państwu. Państwo nie jest niczym co nie wynikałoby z stosunków społecznych. Państwo jako twór prawny jest akceptowane przez wszystkich, którzy uznają hierarchię społeczną jako stan naturalny. Dotyczyć to może w takim samym stopniu przedstawicieli burżuazji, jak i nizin społecznych. Anarchizm wydaje się tu popełniać błąd, pragnąc widzieć w szerokich masach społecznych naturalną przeciwwagę dla państwa, jako reprezentanta interesów kapitału. To, że każde państwo spełnia ten warunek nie oznacza jednak, że można je do tego jedynego faktu sprowadzać. Państwo, dzięki odwoływaniu się do różnorakich symboli, jednoczących grupy społeczne o często sprzecznych interesach, potrafi uzyskać legitymizację własnych działań w szerokich kręgach społeczeństwa. Powoduje to, że lud nie stanowi bazy oporu, jak chcą to widzieć teoretycy anarchizmu, a momenty buntów społecznych nie muszą mieć charakteru antystrukturalnego. Często jest wręcz przeciwnie i porewolucyjny porządek odtwarza dawną strukturę w jeszcze bardziej represyjnym modelu.

Po drugie, anarchizm koncentrując sie na rewolucji nie dostrzega faktu, że dla większości społeczeństwa zmiany rewolucyjne nie są rzeczą pożądaną. Spokój społeczny od zawsze był jednym z fundamentów zgody na kontrolę prowadzoną przez wyznaczone ku temu organy władzy. Do dziś, wśród wiekszości ludzi, żyje strach przed mityczną anarchią, czyli chaosem jaki towarzyszy rozkładowi tak konserwatywnych zasad, jak i struktur władzy, będącemu zawsze dziełem rewolucyjnej zawieruchy. Fiksacja na punkcie radyklanej zmiany, jest dla anarchizmu często przyczyną zupełnego wyalienowania z rzeczywistych procesów zachodzących w współczesnym kapitalistycznym społeczeństwie. Zarzut reformizmu, na który moga zawsze narazić się ci, którzy próbują wybierać nieradyklane drogi zmian społecznych, skutecznie eliminuje takie jednostki spośród anarchistycznej sceny.

Trzecim dylematem anarchizmu jest pytanie o możliwość kształtowania jednostek, jak i całych społeczeństw. Jest to problem władzy. Anarchizm wydaje się omijać ten problem, zbywając go propozycją spontanicznie kształtującej się społeczności opartej na samorządzeniu, czyli demokracji bezpośredniej oraz wpólnocie dóbr. Nie rozwiązuje to jednak problemu w jaki sposób poradzić sobie z siłami, które nie będą skłonne podporządkować się tym założeniom, jak i sposobu zablokowania procesów koncentracji kapitału w pierwotnie komunistycznej strukturze własności. Aby ustrzec się przed obydwoma zagrożeniami anarchizm jest skazany na stosowanie przemocy, a więc organizację struktur władzy. W sposób oczywisty rodzi to możliwość restytucji formy podobnej do państwa.

Wszystkie te trzy zagadnienia nie znajdują we współczesnym anarchizmie odpowiedniej płaszczyzny refleksji i być może to jest przyczyną, że anarchia nadal kojarzy sie ludziom z chaosem.

Kategorie: on Październik 31, 2011 at 4:44 pm  Dodaj komentarz  

Dziennik marudy 3

Polscy oburzeni to szczególna grupa oburzonych. Ich szczególność bierze się z tego, że jeszcze nie weszli w pole ekonomicznych zależności. Uczą się, a ich starzy płacą za przywilej obcowania z teoriami krytycznymi, czego nie doświadcza reszta licealistów, ucząc się wszak za darmo. Nie szkodzi, już Marks powiedział, że motorem zmian społecznych jest zawsze klasa średnia. Zmian, ale nie przemian, więc zapomnijcie o rewolucji. Jakie postulaty może mieć 18 latek, który nie pracuje na śmieciówce, nie zalega z czynszem i nie ma dwójki dzieci, którym trzeba kupić podręczniki? Idealistyczne? Nie, nudne. Jakby konstruowała je dobrze sytuowana, odpowiedzialna głowa rodziny, której liberalnemu oku przeszkadzają „kontenery dla ubogich”. Czuć pismo psora, który swym fajnym uczniom podsunął styl skapcaniałego reformisty. Żadnych tam rewolucji, palenia banków i demolowania jaguarów, tylko grzeczne i rozsądne sugestie dla „decydentów”. Dlatego nazywają siebie oburzonymi, a nie wkurwionymi. Cool.

Kategorie: on Październik 28, 2011 at 2:49 pm  Dodaj komentarz  

Rewolucja dresiarzy

Londyn zapłonął,tylko na chwilkę co prawda, ale zawsze to jakaś porcja chaosu, tak kochanego przez libertyńskie zmysły. W rzeczywistości jest już po zabawie, więc będzie to tylko kwaśny komentarz do komentarzy. Trzy dni, które wstrząsnęły Anglią nie tylko nie dały do myślenia, ale jeszcze bardziej skuły co poniektóre łby. Rozruchy potępia ogół gawiedzi, od Mr Smitha, poprzez parlament na piłkarzach kończąc. Jedynie piosenkarka M.I.A nie uległa zbiorowej psychozie strachu i rezolutnie zadeklarowała rozdawanie chuliganom herbaty i batoników na wzmocnienie. Czy przeszła do czynów? Chyba nie zdążyła.

Wydaje się, że tak jednoznaczną ocenę wydarzeń ułatwił brytolom fakt, że zamieszki zaczęli i wiedli w nich prym nie-biali. Dla przeciętnego europejczyka to sygnał, że nieroby, niewdzięczne pokłosie kolonializmu, żyjące z socjalu znudziło się codzienną porcją telewizyjnej papki i postanowiło rozerwać się na świeżym powietrzu. Chodzi zaś o to, że analiza tego typu zjawisk wyraźnie zaczyna przerastać możliwości interpretacyjne opinii publicznej. Żyjemy w czasach, w których jedynym pewny elementem rzeczywistości jest niepewność. Dotyczy ona w takim samym stopniu nieprzewidywalności systemów finansowych jak i dnia jutrzejszego przeciętnego zjadacza hamburgerów. Rozruchy są zawsze symptomem choroby, nie jest istotne czy ich genezą będzie idea czy tylko zwykła chęć niszczenia. Opinia publiczna potępia zadymiarzy, ale nie stara się niczego zrozumieć. Nikt nie podpalał by domów gdyby z mieszkańcami dzielnicy łaczyło go coś więcej niż tylko codzinne pogardliwe spojrzenie. Alienacja ludzi, wygenerowana przez kapitalistyczne stosunki interesu musi doprowadzić do napięć, które będą rozładowywane min. w taki sposób jak w Londynie. Taki właśnie wniosek powinno wyciągnąć te całe oburzone mieszczustwo, które w piątkowy wieczór nie mogło wyjść do klubu na drinka, bo ktoś rzucał mołotowem. Ludzie stracili swój podstawowy instynkt jakim jest zachowanie wspólnoty. To zapomniane słowo pozwalała gatunkowi ludzkiemu przetrwać tysiące lat ewolucji i walki o byt, a dzisiaj nikt już go nie używa w potocznej mowie, a i w intelektualnych dysputach staje się mocno niefachowe. Zamieszki w Londynie to symptom, który mało kto rozpoznaje, co jest dowodem, że z ludzkością jest gorzej niż się wydaje.

Dresiarze to dzisiaj taki sam typ podgatunku jak kiedyś Żydzi, lub kobiety. Nie pasują, nie współpracują, nie podporządkowują się. Proletariat naszych czasów, który nie budziłby sympatii nawet Marksa. W taki sposób establishment stara się zachować pozory. Tymczasem młodzi ludzie w dzisiejszej rzeczywistości  mają zwyczajnie przesrane. W kraju niedokończonych autostrad młodzi mają gorzej niż ich rodzice za tzw. komuny. To należy z całą stanowczością podkreślić, Polska jest przykładem gdzie młodzi w najbliższym czasie staną przed koniecznością weryfikacji systemu, który sprezentowali jej opozycjoniści w 89. Londyn zapłonie jeszcze nie raz, tak samo jak zapłonie Warszawa. Jeśli nie, znaczyłoby to, że ludzi utracili swój samozachowawczy instynkt. To zaś oznacza nic innego jak koniec ludzkości. Cieszcie się więc humaniści, że cokolwiek się jeszcze fajczy.

Kategorie: on Październik 1, 2011 at 3:01 pm  Dodaj komentarz  

Dziennik marudy 2

Nie tak dawno jeszcze weselsza strona świata z nadzieją patrzyła na bunt hiszpańskich „Oburzonych”. Odkąd jednak Zapatero ogłosił przyspieszony termin wyborów nie pozostaje nic innego jak wyemigrować na Marsa. Prawica w sondażach dostaje ponad 30% co przy podziale mandatów daje jej samodzielny rząd. Jeśli to ma być efekt protestów to wyszło jakoś na opak, czy jak? Jest spore ryzyko, że w Grecji, Włoszech czy Portugalii władzę przejmie teraz prawactwo. Lud widocznie przyjął do wiadomości, że tylko oszczędzanie przedłuży małą stabilizację. Żyjemy w czasach gdy ludzie zamiast myśleć, głosują.

Kategorie: on Sierpień 8, 2011 at 3:32 pm  Dodaj komentarz  

Abramowicz w Wenecji

Znany rosyjski oligarcha, właściciel klubu piłkarskiego Chelsea, mecenas sztuki, koneser win, miłośnik polowań etc. etc. zaparkował swój długi jak macki rosyjskich służb specjalnych w jego kieszeni jacht przy weneckim nabrzeżu. Przybył, jakże by inaczej, na słynne Biennale, festiwal sztuki nowoczesnej. Nikt by się tym faktem nie przejął, gdyby nie larum podniesione przez weneckich mieszczuchów, jako że gigantyczna łajba jaśnie pana zasłoniła im cały widok na lagunę i inne takie duperele. Wzięcie strony w tym dziwacznym starciu byłoby co najmniej debilne, jednak dało asumpt ku kolejnej libertyńskiej tyradzie na świat współczesny. Tym razem bierzemy się za kulturę i sztukę.

Japoński mistrz kina Takeshi Kitano powiadał że sztuka to śmieć. Wrażliwa dusza współczesnego buntownika na takie słowa musi reagować nerwowo. Sztuka, począwszy od ubiegłego stulecia, zwykła być używana jako narzędzie kontestacji i drażnienia mieszczańskich zmysłów. Zaczęli dadaiści, surrealiści już formalnie byli komunistami, a konceptualiści zostali terrorystami. Lata 60-te zaowocowały wynalazkiem pt. muzyka zaangażowana i dzięki elektrycznej gitarze polityka stała się sexy. Już żaden protest, żadna społeczna deklaracja nie mogła obyć się bez artystycznego wyrazu. Zbuntowane stało się kino, poezja, malarstwo i palenie w kawiarniach. Tymczasem sztuka zawsze była formą ekspresji klas panujących. Michał Anioł, Rubens czy inny Jackson Pollock nie staliby się znani bez swoich mecenasów. Innymi słowy ich sława jest sławą miejsc, w których można oglądać ich dzieła. Były to zazwyczaj salony bogaczy, w tym oczywiście kościoły. Dzisiaj są to również muzea i galerie, co świadczy nie o demokratyzacji sztuki, ale o przesunięciu kapitału także w stronę państwowych instytucji. Nawet jeśli istnieje coś takiego jak kunszt mistrza, jego osobisty geniusz, nie może on znaleźć swej ekspresji bez społecznego gruntu, który będzie ten czynnik akcentował. Możesz być największym malarzem w historii, ale bez znalezienia swego mecenasa pozostaniesz nikim. Mało tego, sam artystyczny talent nie jest niczym samorodnym, a jedynie przejawem predyspozycji jakie otrzymał on w procesie wychowania w społecznie przyjaznym środowisku. Szanse, że potomek robotnika stanie się utalentowanym artystą są bliskie zeru. Wyjątki potwierdzają regułę. William Blake za życia był nikim, a przecież jego dzieła były wartościowe tak za jego życia jak i dzisiaj. Wartość tą jednak zauważono dzięki ludziom, którzy mieli dość wpływów i pieniędzy, by jego spuścizną zainteresować odpowiednie kręgi. Rockmani są znani mocą nośników, które ich przekaz mogą dowolnie rozpowszechniać. Firmy fonograficzne, telewizje i agencje zapewniają przekaz najbardziej zbuntowanym songwriterom. Tylko dzięki nim mamy pojęcie, że ktoś przeciw czemuś się buntuje. Pozycja klasowa artysty, który stał się znany jest pozycją jego mecenasów, czyli pozycją burżuja. Manu Chao, mimo niewątpliwie szczerego zaangażowania w ruch antyglobalistyczny, jest burżujem, nawet jeśli tego nie chce. Toż to przedziwny dramat, coś jakby anarchista wygrywający w lotto.

Sztuka wysoka, czyli taka, której odbiór jest zarezerwowany dla wąskiej grupy zorientowanych, ma swój udział w hierarchizacji społeczeństwa. Wystarczy spojrzeć na bryki, którymi widzowie podjeżdżają na teatralne premiery w światowych stolicach. To samo dotyczy wernisaży, czy kinowych festiwali. Myliłby się jednak ten, kto tylko w sztuce elitarnej widziałby święto burżuja. Prawdziwa plaga festiwali muzycznych, od legendarnego Glaston po rodzimy Opener gromadzi od lat młodzież z klasy średniej, których starych stać na horrendalnie drogie bilety i przede wszystkim płyty i nośniki, dzięki którym młody człowiek może zorientować się kogo słuchać i na kogo jechać. Sam proces zapraszania wykonawców jest swoistą licytacją rarytasów, poprzedzoną wielomiesięcznym uganianiem się za agentami znanych kapel. Kiedyś tak nie było, powie stary hipis. Nie było, bo artyści nie spotkali jeszcze swoich mecenasów.

Filharmonie, teatry, galerie, festiwale przejęły dziś rolę królewskiego dworu, dostępnego co prawda szerszej gawiedzi, jednak mającego ten sam klimat elitarności i społecznej nobilitacji. Te miejsca nie są jednorodne, niektóre otwierają się na publiczność, reklamują, inne zamykają, ograniczają dostęp. Każde z nich daje zarobić. I to dobrze. Obojetnie czy w wyniku komercyjnej strategii czy państwowych dotacji. Państwo, uznając sztukę za element swej tożsamości, hojnie łoży na „projekty”. Prawdziwie alternatywne centra, takie jak berlińskie Radialsystem V,  budują swą markę dzięki państwu. Dziś każda pipidówa musi mieć jakiś festiwal, jakieś centrum kultury, jakiś ślad po wielkim artyście. Jest to proces analogiczny do renesansowej manii uwieczniania arystokratycznej potęgi w artystycznym dziele. Uznanie artystycznej spuścizny za element tożsamości nowoczesnych państw świadczy o próżności z jaką elity traktują sztukę. Rzekomy buntowniczy charakter sztuki jest zwykłym wymysłem, imaginacją tych, których razili ekstrawaganccy artyści, ich ekscesy i nic ponadto. W rzeczywistości, gdyby sztuka się nie opłacała, ludzie przestaliby ją uprawiać po 30-tce i byłoby po zawodach. Wielkość dochodów jaki generuje ten przemysł, bo jest to przemysł, dorównuje innym gałęziom gospodarki. Robienie z tego cyrku kluczowej kwestii w rozwoju ludzkości jest burżuazyjną farsą. Ludzkość, w której istnieje podział na artystów i resztę plebsu, jest tak samo zakłamana jak ta, w której istnieje podział na arystokratów i ich poddanych. Piramidy, którymi tak bardzo zachwycają się białe mordy z północy, są niczym więcej jak świadectwem manii wielkości, która kosztowała życie tysięcy robotników. Dziś, na wyrost być może, tysiące robotników pracują na festiwale finansowane przez co ambitniejszych burmistrzuniów, albo na centra typu Radialsystem V. Najgorszą rolę w tym biznesie pełni tzw. sztuka alternatywna, która udając niezależną, sama korzysta z tych samych kanałów dystrybucji i propagacji. Jeśli tego nie chce robić ulega zapomnieniu, lub wcale nie zdobywa odbiorców.

Czy dzieło sztuki może się samo obronić? Bez mecenasów, bez dystrybucji, bez galerii? Spójrzmy na książki. Jeśli widzisz w księgarni książkę, na którą masz chętkę to znaczy, że autor ma silną pozycję zawodową, dobre znajomości w branży wydawniczej i niezłą ocenę rynku. Do tego nie ma obiekcji, by nakarmić własną krwawicą dziesiątki agentów i dystrybutorów. To nie znaczy, że książka jest zła, to znaczy, że Abramowicze rozdają tu karty.

Kategorie: on Lipiec 23, 2011 at 1:55 pm  Dodaj komentarz  

Dziennik marudy 1

Jedną z cech charakterystycznych naszych czasów są prawa dziecka. W parze z nimi idzie wyraźna zmiana kultury wychowania, łącząca się z daleko posuniętą tolerancją dla dziecięcego sposobu bycia. Oczywiście model taki znaczniej bardziej rozpowszechniony jest w środowiskach miejskich, wykształconych, liberalnych ludzi sukcesu. Znamienne, że w tym samym czasie postępuje erozja praw pracowniczych. Coraz więcej ludzi zmuszanych jest do pracy za niskie pensje, na umowy czasowe, w warunkach rosnącej konkurencji na rynku pracy. Ofiarami tego trendu najczęściej padają kobiety, z małych miast i wsi, niewykształcone, z marnymi perspektywami. Matki.

Kategorie: on Czerwiec 27, 2011 at 3:54 pm  Dodaj komentarz  

Techniki buntu

Fala młodzieżowych protestów, które opanowują kontynent już wzbudza niepkój nad Wisłą. Kraj na dorobku, który dopiero od dwóch dekad cieszy się wolnym rynkiem i jak rasowy ratlerek goni za cywilizacją, nie może się nadziwić, czego oni tam się tak buntują? Dla przeciętnego zjadacza kiełbasy krakowskiej jest jasne, że musi stać za tym zgniła natura zachodniego studenta, wychowanego pośród oparów trawy i dźwięków nocnych klubików. Rozumowanie to posiłkuje się nadto teorią geograficzną, według której bunty wybuchają w krajach południa, gdzie ludzie z zasady są bardziej leniwi. Włoski renesans, hellenistyczna filozofia i hiszpańskie podboje Ameryk to oczywiście Polacy ( jak głosi prawda objawiona, Adam i Ewa mówili w Raju po polsku). Także statystyka pozostaje tu w niemocy,  jeśli to Grecy pracują w Europie najwięcej, a Hiszpanie niewiele mniej.  Najważniejsze by neoliberalne samopoczucie zadowolenia mogło nadal pozostawać w błogim zamroczeniu. Tępota z jaką w kraju buraków traktuje się wszelki antykapitalistyczny ruch poraża swą agresją, ignorancją i przede wszystkim egoizmem ludzi, którzy co dopiero wzieli kredyt na kawalerką. Nieświadomi wagi jaką w życiu współczesnego kapitalistycznego jarmarku odgrywa sektor finansowy, są także nieświadomi jak represyjny, a jednocześnie kruchy jest świat, w którym chcą budować swą przyszłość.

Dramatem naszych czasów jest przekonanie, że kluczową wartością jaką ma szczycić się współczesna demokracja jest równość wszystkich obywateli wobec prawa. W rzeczywistości prawdziwa równość może objawić się jedynie w sferze ekonomii. Liberalnej ideologii udało się przekonać społeczeństwa, że prawo może coś gwarantować, tymczasem prawo jest tylko odbiciem struktury władzy, która te prawo ustanawia. Swobody obywatelskie, prawo wyborcze czy konstytucyjne gwarancje nie zostały nikomu od nikogo podarowane. Zostały wymuszone zmianami w strukturze społecznej, które nastąpiły w wyniku ekonomicznych przemian. Mieszczaństwo, bogacące się handlem, stosunkowo wcześnie stało się źródłem nacisku na szlachtę i szybko zdobyło silną pozycję w społecznej hierarchii. Klasa robotnicza, swoisty produkt przemysłowej rewolucji, musiała własną krwią ustanawiać swoje prawa, co dobitnie dowodzi, jak jest droga do emancypacji każdej pokrzywdzonej grupy społecznej. Dzisiaj, często mówi się o pokojowych drogach porozumienia interesów różnych grup społecznych, zapominając, że nadal żyjemy w społeczeństwie klasowym. Świadczy o tym właśnie podkreślanie na każdym kroku ważności równości wobec prawa, gdy tymczasem tak pojęta równość jest wyłącznie w interesie klasy posiadającej władzę i kapitał. To zupełnie typowa sytuacja, gdy kłamstwo zawarte w języku, staje się narzędziem władzy. Człowiek pozbawiony środków do życia, lub raczej nieustannie muszący o nie w niepewności walczyć z podobnymi do siebie nieszczęśnikami, nie odczuwa żadnych korzyści z równości wobec prawa. Niepewność ekonomiczna w której tkwi nie pozwala mu na wywarcie odpowiedniego nacisku na system ustawodawczym, mogącym poprawić jego los, nawet za pomocą głosowania w wyborach. Dzieje się tak dlatego, że albo nie głosuje, rozczarowany w stosunku do całego systemu,  albo jego głos jest „kupowany” przez medialną propagandę mainstreamowych partii, których interes nie idzie w parze z radykalną zmianą wartości. W taki sposób równość wobec prawa, przejawiająca się min. w prawie wyborczym, staje się interesem władzy i klasy posiadającej i ich marzeń o wiecznym status quo, zapewniającym dalsze czerpanie zysków.  Oczywiście sytuacja taka nie jest absolutnie stabilna. W momentach kryzysu, a w takim właśnie znajduje się coraz więcej ludzi w systemach liberalnych, musi dojść do przełamania. Ludzie zaczynają dostrzegać fałsz tej konstrukcji poprzez poczucie braku reprezentantów, nie tylko u władzy, ale także w sferze ideologii. Jedynymi, którzy takie poczucie zachowują są beneficjenci systemu. Tak rodzi się pęknięcie, które może zaowocować rewolucyjną zmianą. Wróg zostaje zdefiniowany. Tym samym równość wobec prawa traci jakąkolwiek moc prawną, ponieważ  przy podziale swój-obcy, liczy się tylko przynależność do grupy, a nie prawne definicje. Życie to ekonomia, wszystko inne jest dodatkiem. Można uznać, że świadomość tego faktu skutkuje buntem społecznym. Objawia się tu czysta przemoc, jako podstawowy składnik ludzkiego życia. Każdy porządek został ustanowiony przez kogoś, kto zwyciężył w ekonomicznej walce o byt. Taki właśnie redukcjonizm nie jest akceptowany przez liberalizm, który chce na siłę ustanowić państwo prawa, czyli wieczny spokój, zapominając o swoich ideowych podstawach . Tymczasem życie to nieustanna walka o byt, nie ma w nim miejsca na idee, które zakładają jakiś porządek. Każdy porządek jest stanem wymuszonym przez zwycięską grupę, a nie stanem gwarantowanym przez prawo lub sumienie. Większość ludzi nie akceptuje takiego poglądu, dopóki nie stanie w obliczu ekonomicznego zagrożenia swej egzystencji. Tylko ten stan może wyzwolić bunt, nie żadna teoria, ani rewolucyjna propaganda. Nie rozumieją tego różnej maści radykałowie, którzy samodzielnie chcieliby inicjować rewolucje. Czy jednak bunt wymuszony przez ekonomiczną konieczność może być źródłem nowego, sprawiedliwego porządku, w którym nie będzie grup uprzywilejowanych? Historia pokazuje, że do tej pory się to nie udało. Ekonomiczna przemoc zawsze się odradza i utwardza w nowej hierarchii. Ten proces, jeśli nie zostanie odpowiednio zagospodarowany przez idee, staje się argumentem na rzecz ustanowienia porządku opartego na równości wobec prawa. W taki sposób liberalizm zwyciężył systemy utopijne, argumentując, że świat bez hierachii ekonomicznej jest nienaturalny. I rzeczywiście, ekonomiczną równość można zapewnić tylko przez odpowiednie środki przymusu. Nie muszą one jednak przyjmować represyjnych form, jak chcieliby to przedstawiać liberałowie (oczywiście wg niektórych nawet najmniejsze podatki są represyjne). Arogancja liberałów opiera się na założeniu, że przymus objawia się w tej sytuacji w sferze prawa, co dla liberalnych ideologów jest nie do przyjęcia wobec liberalnego dogmatu równości wobec prawa. Tymczasem nie chcą oni przyjąć, że przymus jest nie tyle stanem prawnym co ekonomicznym, traktując ekonomiczne zależności jako przynależne naturze, a nie prawu. To nic więcej jak patologia, którą należy zlikwidować poprzez ustanowienie takich środków kontroli w sferze ekonomii, które zapewnią wszystkim ludziom godziwy byt. Nie jest to rodzaj dyskursu, ale egzystencjalna konieczność i tylko taki sposób podejścia może skutkować udaną zmianą społeczną. Bunt okaże się skuteczny, jeśli nie będzie dążył do radykalnej zmiany całego systemu od razu, ale skoncentruje się na stopniowych zmianach w sferze ekonomii. Niepopularność takiej postawy i zarzut reakcjonizmu nie pozwala takim racjonalnym postulatom znaleźć odpowiedniej płaszczyzny wśród rewolucyjnych ideologii, powodując nieustanne powtarzanie się historii odbudowywania porewolucyjnej hierarchii i ekonomicznej nierówności. Przez rewolucyjną nieodpowiedzialność, skłonność do utopijnego radykalizmu, zaniedbywanie ekonomicznych podstaw buntu, które zastępuje się naukowym dyskursem różnych teorii krytycznych, w skrócie przez nieodpowiednie techniki buntu liberalne mity pozostają w mocy.

Kategorie: on Czerwiec 22, 2011 at 3:58 pm  Dodaj komentarz  

Sezon na pomidory

Nie wypada nie skomentować sporu, który wykluł się za sprawą AntyKomora. Wolność słowa zagrożona, więc ruszamy na odsiecz! A nie, tu niespodzianka; wychudzony ostatnimi podwyżkami cen cukru, libertyn z Mąkłowca, ma w poważaniu twórców antysystemowych gadzinowców. WHY? Czyżby rzucił nań urok Korwin-Mikke (lalki voodoo można już kupić w ksiągarniach)? Nic z tych rzeczy. Gadzinowiec pozostanie gadziną, niezależnie od tego czy pisze ustawy, czy blogi. AntyKomor jest (raczej był) zwyczajnie cieńki. Słabizna aż gnaty wykręca. Obrzucanie gównem jakiegoś prezia ma być czymś nad czym warto dyskutować? Może atak zakominiarzonych o symbolicznej szóstej zero zero mógłby trochę podrażnić libertyńskie szare mazie mózgowe, ale to już przecież przerabiano aż do zaśnięcia ostatniego niemowlaka poczętego in vitro. Wolność słowa to liberalny mit. Zwykłe mydlenie oczu i robienie z igły widły. Żyjemy w świecie, w którym tak naprawdę niewielu ma cokolwiek ciekawego do powiedzenia. Liberalizm i internet uwolnił pokłady ludzkiej głupoty i podejmowanie z tym walki to zwyczajna obłuda. Problem nie dotyczy domorosłych bluzgaczy, dotyczy prezia i tego typu vipków, którzy nie mogą zwyczajnie się odgryźć i rzucić jakimś mięchem. Tak jak w każdej innej międzyludzkiej interakcji. Gdyby każdy słowny zatarg rozwiązywać na drodze prawnej cywilizacja utonęłaby w aktach i przeputała gotówkę na adwokatów. No ale prezydent jest uebermenschem, ot cały ambaras. Kłopot więc nie z wolnością słowa, ale z istnieniem ludzi, którzy mają większe prawa niż inni. Znaczące, że liberalizm nie dostrzega sprzeczności w tej dychotomii.

Zachęcanie ludzi do wyrażania swych opinii jest rodzajem perwersji. Można zaobserwować owe harce na różnorakich forach, zwłaszcza opiniotwórczych gazet. I tak, na ten przykład, ostatnie protesty w Hiszpanii wywołały niemałą erupcję domorosłych analiz, przegadywanek i zwyczajowo już, bluzgów. To niesamowite jak często przeciętny burakowy forumowicz używa fraz typu „weźcie się do roboty”, „pozrozganiać darmozjadów”, „nieroby na garnuszku mamusi”, „1500 brutto” oraz „przeczytaj jeszcze raz co napisałem”. Polska wyłania się z netu jako przedmurze liberalnego kapitalizmu, którego zwolennicy gotowi są bronić go własnym ipodem. Tylko po to konstytucja ma gwarantować wolność słowa, żeby anonimowy Kowalski mógł się wypróżnić przed monitorem? Powinna także gawarantować przydział na pomidory, razem z osłoną na monitor.

Liberalna wolność słowa jest w rzeczywistości zgodą na to, by nie tylko władza plotła bzdury. W totalitaryzmie monopol na opisywanie rzeczywistości miały tylko wybrane służby. Bez względu na to, każdy wiedział co jest nie tak w tym cyrku. Cenzura była swoistym kontrastem dla autentyzmu życia codziennego. Dzisiaj, gdy tego kontrastu brakuje, wszystko i nic może okazać się prawdziwe. Konieczne okazuje się nieustanne konfrontowanie informacji z realnymi problemami przeciętnego człowieka, co przy tej ilości danych jest zwyczajnie niemożliwe. Władza, z dypozytariusza idei, stała się ich konsumentem, bo każdy człowiek jest dziś potencjalnym źródłem opinii, a wybory są co 4 lata. Niestety, wolność słowa jako prawo, zostało postawione wyżej niż wolność ekonomiczna, co jest absolutnym idiotyzmem liberalnych ideologii. Doprowadziło to do tego, że mający przeciwstawne interesy klasowe mogą zwyczajnie sprowadzić prawdziwe problemy ekonomiczne do ideologicznej debaty, a w obliczu takowej przewagę zawsze mają lepiej poinformowani, czyli klasa posiadająca. Tym samym wolność słowa jest korzyścią dla władzy, bardziej niż cenzura, której fałsz jest łatwiejszy do identyfikacji. W obliczu głupawych sporów o jakiś portal, należy pamiętać o tym, jakim narzędziem ideologicznym może być, pozornie demokratyzujące społeczeństwo prawo.

PS: Ponad połowa respondentów jakiegoś tam sondażu opowiedziała się za prawnym ściganiem obraźliwych opinii na temat najwyższych przedstawicieli władz RP. Yes, yes, yes!

Kategorie: on Czerwiec 2, 2011 at 5:35 pm  Dodaj komentarz  

Osama i kibole

Dwa typy spod ciemnej gwiazdy zdominowały ostatnie łamy buraczanych mediów. Osamę wszyscy znają od lat, Staruch natomiast, zrobił oszałamiającą karierę od anonimowego wyrywacza plastikowych siedzisk do gwiazdy wieczornych serwisów informacyjnych, na przestrzeni, góra, dwóch tygodni. Porównywanie zasług obojga dla międzygalaktycznych sił ciemności nie jest może uprawnione, ale reakcja umoralnionej części ludzkości na ich dzieła jest jakkolwiek zbliżona. Zabicie brodacza wywołało szereg uniesień gawiedzi, od radości niczym na seansie ostatniej części „Władcy pierścieni”, po leciuteńkie zniesmaczenie liberolewicowej intelygencji. Pomijając fakt, że Al-Kaida już dawno nie jest scentralizowanym ośrodkiem szkoleniowym, a Osama już od dawna dla islamskich entuzjastów fajerwerków pełnił jedynie rolę symbolu, należy zwrócić uwagę na sedno problemu, jakim jest przemoc i stosunek do niej współczesnego społeczeństwa demoliberalnego. Właśnie to łączy Osamę ze Staruchem.
Demokracje liberalne mają to do siebie, że nie potrafią radzić sobie z bezinteresowną przemocą, tak w sferze kontroli, jak i w sferze idei. O ile sfera penalizacji takich zachowań może dawać pewne efekty (patrz-zabicie Osamy), to sfera próby ich zrozumienia i opisania napotyka u przeciętnego liberała na ścianę. Typ samobójcy-fanatyka nie może w żaden sposób wpisać się w system wartości przeciętnego członka społeczeństwa, nawet jeśli system ten zakłada, że ludzi są niedoskonali i często błądzą. Typ taki, w takich warunkach, nie może być traktowany jak członek rodziny ludzkiej, musi zostać z niej wykluczony, żeby podstawa moralna zachowała swą spójność. Rodzi to jednak problem natury i genezy takich ludzi jak Osama bin Laden, Stalin bądź Hitler. Bo jeśli nie uznajemy już ich za ludzi, ale, w terminologii symbolicznej jak i antropologicznej, za potwory, to pozostaje kwestia ich prawdziwej przynależności, ale i siły oddziaływania na masy. Zjawisko to musi więc przyjąć irracjonalny charakter, a tego liberalna ideologia nie jest w stanie przełknąć.
Przemoc jest wykluczana z systemu, przez swą nierozumową podstawę i tym samym niezaakceptowana staje się fundamentalnie obca. Tak właśnie dzieje się z terrorystami, tak dzieje się z kibolami.
Przeciętny sierota po demokratycznej pralni mózgu, jednocześnie uformowany przez coweekendowe pielgrzymki do shopcenters, nie może pojąć kim są i czego chcą tak terroryści, jak i kibole. Uniemożliwia mu to jego moralna klatka, w której przemoc nie tyle została spacyfikowana, ile wyrzucona. Nie jest w stanie zrozumieć, że są ludzi, dla których przemoc będzie pełniła rolę zakazanego owocu, co więcej, których nie da się wyeliminować, bo sam system moralny,wykluczający przemoc na gruncie ideologii, ich produkuje. Nieznośność liberalego, sterylnego świata racjonalności, czyni przemoc atrakcyjniejszą niż to się wydaje. Dla mas wystarczy, że będzie ona zażywana w salch kinowych i paintballu, dla co bardziej wkurzonych, wymyślono ruch hooligans, a i religię. Akceptując karykaturalne formy przemocy, liberał w chwili zetknięcia się z realną przemocą, musi się zawiesić, niczym windows o poranku. Dochodzi do tego, że kibol staje się symboliczną figurą zła, jak w religiach diabeł (trikster). Odmawia mu się prawa głosu, zwłaszcza politycznej natury, co ma niby go wyegzorcyzmować. Przy całej niechęci statystycznego libertyna do tego środowiska, taka postawa jest próbą wykluczenia z wspólnoty (w konsekwencji-ludzi), czymś nieracjonalnym w racjonalnym światopoglądzie, który ukształtował współczesne demokracje.
Ta cokolwiek kuriozalna systuacja doprowadza do tego, że rząd rozpętuje histerię w sprawie Starucha, jednocześnie ten sam rząd rozpętuje rozróbę w Afganistanie, gdzie legalni chuligani, często o takich samych ciągotach i pochodzeniu mentalnym jak kibole, legalnie strzelają do wieśniaków. Dajcie spokój.

Kategorie: on Maj 7, 2011 at 2:19 pm  Dodaj komentarz  
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.